A woman swims underwater with bubbles.

Strach czy radość motywuje? 

Nie będę kłamać: byłam ogromnie przerażona na pierwszym roku studiów, że zawalę. Znikome pokłady wsparcia nie dodawały otuchy, więc bojąc się porażki starałam się zdawać wszystko w pierwszych terminach. Po pierwszych zdanych "zerówkach" poczułam sprawczość, siłę wewnętrzną, by nie tylko zdawać, ale i osiąnąć jak najwyższe wyniki. Samozadowolenie, radość z odbudowy samonapędzającej spirali ambicji dodało sił w kolejnych latach, co poskutkowało kilkoma stypendiami rektora oraz tytułem Inżyniera.

Czy zatem obroniłam tytuł magistra? Nie. Zrealizowałam wszystkie godziny zajęć, ba- nawet stawiłam się na próbnej obronie. Dlaczego nie zrobiłam sobie przerwy między inżynierką a drugim stopniem? Utraciłabym wtedy stypendium, więc próbowałam to dalej "ciągnąć". Jednak ostatecznie nie ukończyłam pracy dyplomowej-> wciąż mam zamiar to zrobić (do 2027 roku).

Czy żałuję? Trochę, chociaż bardziej bym wstydziła się podpisać swoim nazwiskiem pod pracą bez jasnego problemu badawczego oraz metodologii jego rozwiązania. Serio, pisałam coś czego sama nie rozumiałam. W tym samym czasie prywatny świat trochę wstrząsnął moim zdrowiem mentalnym, a kondycja (jakakolwiek, nie ma zaczenia czy fizyczna czy psychiczna) po prostu "leżała". Życie dopada każdego, mnie akurat na końcówce ostatniego semestru. Dziś bardziej cenię drogę, którą przeszłam i uporządkowania serca oraz głowy.

Jeszcze do niedawna ukończenie studiów magisterskich uważałam za CEL- coś co trzeba, taka korpogadka żeby ustatysfakcjonować kierownika, przez co nie miałam nawet radości na samą myśl o tym. Teraz na nowo wrzuciałam je do worka o nazwie MARZENIA. Od ostatnich zajęć do teraz zdążyłam "poskakać" po stanowiskach i jeszcze zmienić firmę (w sumie to się lekko przebranżowić)- mam więc nieco inne spojrzenie oraz pomysł na badanie do mojej pracy naukowej, przy użyciu poznanych we wspomnianym czasie narzędzi. Teraz nie powinno już być wstydu.🤣

Słowa mają ogromną moc i znaczenie! Może nie zawsze na poziomie świadomości, ale podświadomość potrafi wychwycić ich nacechowanie oraz towarzyszące im błędy poznawcze- tzw. bias. To, jak mówimy o sobie i swoich planach, potrafi nas albo napędzać, albo zablokować. Kiedy nazywałam magisterkę „celem”, kojarzyła się z obowiązkiem, presją, czymś do odhaczenia, żeby zadowolić innych. Zero radości. Teraz wrzuciłam to do worka z napisem „marzenia”- i nagle pojawiła się ciekawość, lekkość, nawet ekscytacja. Jedno słowo, a potrafi zmienić nastawienie, emocje, a nawet to, jak patrzysz na swoją przyszłość. Bo prawda jest taka: presja odbiera siły, a marzenia je dodają.

Co takiego świetnego jest w marzeniach? Pączkują 😊. Ukończenie jednego lub sam proces realizacji staje się inspiracją do kolejnych. Studia były marzeniem małej nastolatki, ale dla młodej dorosłej okazały się otwarciem drzwi do innych pragnień-udziału w inicjatywie CloudNine czy Top Young 100, a także budowania kariery w obszarze logistyki (stan marzeń na rok 2019-2021).

Marzenia mają w sobie moc transformacji. Są jak mapa w grze – na początku widzisz tylko mały fragment, a reszta spowita jest mgłą. Dopiero gdy przejdziesz pierwszy poziom, odsłaniają się kolejne ścieżki, nowe zadania i niespodziewane wyzwania. Z czasem odkrywasz skróty, bonusy i miejsca, o których wcześniej nawet nie wiedziałaś.  Wygrywasz nie wtedy, gdy widzisz koniec drogi, ale gdy odważysz się zrobić pierwszy krok i ciągle odkrywasz kolejne fragmenty siebie.

Co motywuje bardziej- strach czy radość? Na początku to był strach: przed porażką, utratą stypendium, niepowodzeniem. To on pchał mnie do działania. Jednak z czasem zrozumiałam, że to radość daje prawdziwą siłę- z małych sukcesów, odkrywania siebie i chęci nauki.

W przypadku magisterki strach blokował mnie przez długi czas, ale teraz to właśnie radość z poznawania nowych narzędzi i perspektyw motywuje mnie do zakończenia tej drogi. Strach pomaga zacząć, ale radość pozwala wytrwać.

13 czerwca 2025

#1 Krauza Przemyśleń: Marzenia czy Cele?

Posiadanie tytułu, bycie na studiach oraz samo uczęszczanie na uczelnię było dla jedenastoletniej dziewczynki ogromnym marzeniem. Całą swoją przyszłość zaczęła układać i planować z myślą o tej iskierce nadziei, która w niej zaczęła rzewnie płonąć. Realizacja marzeń według znanego kanonu: matura-> studia dzienne -> praca nie był mi pisany najwyraźniej. Rzeczywistość z jaką się zderzyłam była bardzo bolesnym doświadczeniem. 

A co nie wyszło? Łączenie studiów w trybie stacjonarnym, z pracą w "złotych łukach", z korepetycjami, z pomocą tacie w domu, ze świeżą sprawą rozwodową rodziców, z kryzysem tożsamości.

Rok 2015 i początek 2016 można zobrazować memem z rudym kotem, który przedstawia "Andrzejowi" wynik kalkulacji udźwigu oraz wytrzymałości konstrukcji. W jednej chwili patrzyłam na zgliszcza swoich ambicji, żeby zbudować je na nowo.

Usilnie trzymałam się schematów, które we mnie wpojono, czyli studia dzienne to jedyne studia, na które trzeba i warto iść, a studia zaoczne to zło.  Po pierwszym roku studiów zerygnowałam z UE w Katowicach, jeden rok byłam kompletnie bez planu.

Dopiero jesienią 2017 roku rozpoczęłam naukę na kieruku Logistyka na Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Format, który pozwolił mi na realizację marzenia małej dziewczynki- studia weekendowe (niestacjonarne) potocznie nazywane zaocznymi. Dałam sobie kolejną szansę.

Artykuły z tej kategorii

arrow left
arrow right

0,00


​​​​​​​

Strona www stworzona w kreatorze WebWave.